Zamotani, czyli chustowe szaleństwo...

                                              
Jako niania (jejku, znów zaczynam tak post.. wybaczcie) ale jako niania chustowałam już jednego podopiecznego. To był mój pierwszy kontakt z kawałkiem materiału, który przywraca człowiekowi obie ręce :) Najpierw była zwykła chusta, potem elastyczna, potem znów zwykła. Wtedy nic o nich nie wiedziałam. Najłatwiej było mi używać tej elastycznej, bo nie trzeba było jej wiązać, a umieszczenie w niej rozwrzeszczanego, śpiącego niemowlaka zajmowało chwilkę.. i tak sobie radośnie tańczyliśmy aż Maluch nie zasnął.


                                                
                                                        fot.: Blackdragonfly

Spotkanie numer dwa
Będąc w ciąży i przeglądając "fejsika" trafiłam na wydarzenie o wdzięcznej nazwie "CHUSTOWE CZWARTKI". Zaciekawiło mnie to niezmiernie. "Oczywiście pewnie na końcu świata"- pomyślałam. Otóż nie! Bardzo niedaleko :) No i wybrałam się. Z brzuchem pokaźnych rozmiarów wiedziałam, że za dużo to sobie nie popróbuję ale przynajmniej przypomnę sobie jak to się robi, może dowiem się też czegoś nowego. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to co robiłam wcześniej miało niewiele wspólnego ze "sztuką chustowania" - jak to potem nazwałam.
Odpowiednie (dopasowane do mamy i dziecka) wiązanie, odpowiednia chusta, odpowiednie położenie i w końcu (moja zmora do dziś), odpowiednie dociągnięcie, by uzyskać pożądaną pozycję dziecka, która nie skrzywdzi jego malutkiego i wiotkiego ciałka.
Obejrzałam sobie więc jak dziewczyny motały swoje maluszki, nasłuchałam się części teoretycznej, zadając oczywiście masę pytań, jak to mam w zwyczaju i postanowiłam wrócić po porodzie.

Spotkanie numer trzy

 Kiedy urodziła się Ania i Marcin był jeszcze z nami w domu, uznałam, że to najlepszy czas, żeby pójść znów na takie spotkanie. Kupiłam nawet chustę, poleconą przez Dominikę -doradcę chustowego- sprawczyni całego zamieszania. Nasza córcia miała wtedy może ze dwa tygodnie. Troszkę nie wierzyłam w to, że można z powodzeniem zamotać takiego maluszka nie robiąc mu krzywdy. Trafiliśmy akurat na spotkanie o chuście kółkowej. Dominika zrobiła jak zawsze teoretyczny wstęp, opowiedziała o zaletach i wadach tej chusty, jej możliwościach i cenach. Potem była krótka prezentacja na lalce i do dzieła. Każda, a raczej każdy z nas, mógł spróbować swoich sił. Na swoim dziecku lub, jeśli nie czuł się pewnie, na lalce, która "konsystencją" jak najbardziej przypominała delikatne i wiotkie niemowlę. Jak już wspomniałam, byli w naszych szeregach również panowie. Nawet Marcin dał się skusić na małą próbę i muszę przyznać, że nie wierzyłam, że tak dobrze sobie poradzi. Od razu chciałam mu pomagać, podpowiadać ale Dominika skutecznie mnie odgoniła mówiąc, że da sobie radę :) i faktycznie - dał.

                              

Spotkanie numer cztery
Okazało się, że z Dominiką można umówić się także na "prywatne" lekcje z konkretnego wiązania. Koszt takiej przyjemności startuje od około 100 zł. Czasem mniej lub więcej w zależności od ilości osób na spotkaniu. Ja poszłam na takie, gdzie było nas cztery babeczki :) Wybrane wiązanie to "kieszonka", którą obserwowałam za pierwszym razem. Wydawało się mało skomplikowane ale kiedy spróbowałam się zamotać w domu, to mało się nie popłakałam, albo może nawet to zrobiłam.. Ania uciekała mi na wszystkie strony, jakoś krzywo w tej kieszonce siedziała, nie mogłam sobie poradzić z tym, żeby dobrze dociągnąć chustę.. no masakra jednym słowem. Jak na zbawienie czekałam na to spotkanie, bo miałam chustę, miałam dziecko i nic nie mogłam z tym zrobić. Choć oczywiście znalazłam sposób na jej dotychczasowe wykorzystanie - zawiesiłam pod stołem i Ania spała kilka razy w hamaku :)

                            

Spotkanie odbyło się u Dominiki w domu, na część teoretyczną się spóźniłam oczywiście, bo od kiedy mam dziecko jeszcze nigdy nie udało mi się być nigdzie na czas.. Z racji, że tą część już słyszałam na "chustowych czwartkach" została mi tylko szybciutko w skrócie przypomniana i ruszyłyśmy do dzieła. Najpierw szybka demonstracja, potem próby na lalkach. To dobry pomysł, bo nie ma obawy, że zrobi się krzywdę dziecku. Następnie próby już na własnych maluchach. Wszystko pod bacznym okiem instruktora. Każda z nas wiedziała na bieżąco z czym ma problem, jak to poprawić, jaki będzie skutek, jeśli dziecko zostanie w tak źle zamotanej chuście. Wszystko to odbywało się w bardzo miłej atmosferze przy pysznym ciastku z owocami :) Był też czas oczywiście na pogaduszki o wszystkim i o niczym. Ze swojej strony bardzo polecam :)

Ja kontra chusta
Nie wiadomo kto wygrywa. Najpewniej Ania, która jak tylko zaczęło mi wiązanie wychodzić, przestała być zachwycona moją bliskością, a raczej wolała odpychać się ode mnie wszystkimi kończynami, bo chciała oglądać świat dookoła. Niestety to wiązanie też nie bardzo służy mojemu kręgosłupowi przez poważną wadę, której dorobiłam się w dzieciństwie. Podobno lepszy w naszym przypadku będzie plecak prosty albo kangurek, bo kieszonka (choć zdrowa dla kręgosłupa, jak każde dobrze zrobione wiązanie) najbardziej go obciąża. Nie rezygnujemy jednak i czasem się motamy, jeśli muszę zrobić małe porządki w domu, a Ania akurat ma ochotę się poprzytulać, albo kiedy chcemy iść na krótki spacer tam, gdzie nawet nasz terenowy wózek wymięka :) Na pewno będziemy chcieli kupić/uszyć chustę kółkową, bo dużo szybciej i łatwiej ją zamotać i Marcin wtedy będzie mógł zdjąć ze mnie ten słodki ciężar :)

Moją największą dumą było zamotnie Marcina i Ani w plecak prosty i obserwowanie jak odkurzają. Ja oczywiście zamiast odpoczywać to biegałam za nimi i robiłam zdjęcia :P