Pytanie, którego sobie nigdy nie zadam...

Kilkukrotnie zabierałam się za napisanie tego tekstu, wyjątkowo trudnego dla mnie. Trochę to trwało, ale jest. Zapraszam. 5 stycznia 2017 roku zapamiętam na zawsze. Takich dni się nie zapomina.

Wszystko zapowiadało się wspaniale. Ostatnio nauczyłam się wszystko planować i na bieżąco zapisywać w kalendarzu. Przy małym dziecku zawsze jest trochę rzeczy do załatwienia: szczepienia, wizyty lekarskie, rehabilitacja i wiele innych. Do tego dochodzą różne sprawy zawodowe, dotyczące naszej rodziny, urodziny bliskich oraz inne ważne wydarzenia. Dzięki temu mamy wszystko zebrane w jednym miejscu i każdy z nas wie, co ważnego mamy do załatwienia w danym dniu, tygodniu, miesiącu. Poza tym przy tak różnych, czasem wykluczających się sprawach, tylko dzięki takiemu zarządzaniu mamy możliwość o
czymś nie zapomnieć.

Czwartek zapowiadał się dość dobrze. Miałam wyjść z maluchem na rehabilitację, poza tym planowaliśmy zostać w domu ze względu na wykonane dnia poprzedniego u malucha szczepienie, po którym zazwyczaj nie najlepiej się czuje. Zapowiadał się spokojny, dobry dzień a ja od rana miałam fantastyczny nastrój. Nic nie zapowiadało, że tego dnia coś się zmieni w moim życiu, a dzięki temu – w życiu moich najbliższych…

Zazwyczaj nie odbieram zastrzeżonych telefonów. Taką mam zasadę. Tym razem jednak, jakiś wewnętrzny głos zasugerował mi, że to może być coś ważnego...

Miesiąc po porodzie zaczęłam miewać różne dolegliwości zdrowotne. Póki były one sporadyczne, uważałam, że nie ma racjonalnego powodu, żeby się nimi przejmować. Mój organizm przeszedł przecież ciążę, połóg, tyle zmian hormonalnych, więc potrzeba czasu, żeby się zregenerował i wrócił na właściwe tory. Wydawało mi się to zupełnie normalne. Kiedy jednak zaczęły być one coraz częstsze i bardziej nasilone, postanowiłam pójść do lekarza. Myślałam, że może to niedobory witamin, mikroelementów i potrzebna będzie jakaś
suplementacja. Ciężko policzyć, ile razy byłam umówiona na wizytę w ciągu kilku
kolejnych miesięcy, ale za każdym razem nie udało mi się dotrzeć, bo to szczepienia malucha, jego gorsze samopoczucie (które powodowało, że postanowiłam nie zabierać go do przychodni, gdzie są zarazki, bakterie, ludzie chorzy), brak możliwości, żeby zostawić go z kimś w ciągu dnia, czy też inne zaplanowane wydarzenia, które – jak mi się wtedy wydawało – miały wyższy priorytet.

Odwlekałam sprawę dość długo, do momentu, kiedy złe samopoczucie zaczęło utrudniać mi życie i sprawne wykonywanie codziennych czynności. Wtedy też postanowiłam zająć się tą sprawą, żeby „mieć to z głowy” i móc znowu działać na pełnych obrotach. Wiadomo, że młoda mama nie może sobie pozwolić na zwolnienie lekarskie, bo mały prezes nie będzie go respektował. Wychowanie dziecka to praca na całą dobę a w sytuacjach trudnych, jak złe
samopoczucie czy też choroba, brak pomocy przy dziecku w ciągu dnia jest naprawdę dużym wyzwaniem. Wieczorami, kiedy tata wraca z pracy, pozostaje zazwyczaj już tylko kąpiel i położenie dziecka do snu zatem największe wyzwanie i aktywność dziecka jest w ciągu dnia.

W końcu udało mi się znaleźć termin, kiedy tata mógł zostać z dzieckiem a ja mogłam udać się do lekarza. Pani neurolog okazała się bardzo nieprzyjemna i znudzona wykonywaną pracą. Stwierdziła, że pewnie to chroniczne przemęczenie, ale dla „świętego spokoju” skierowała mnie na wszystkie specjalistyczne badania. Podczas wizyty żałowałam, że w ogóle się na nią
pofatygowałam. Nie dość, że tyle trzeba było zachodu, żeby móc tam się znaleźć, to jeszcze trzeba komuś udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Przepisała mi różne suplementy i kazała zgłosić się ponownie z wynikami. Terminy badań udało mi się umówić dość szybko, jeszcze przed Nowym Rokiem. Dziwiłam się, dlaczego wyników rezonansu magnetycznego nie ma tak długo, ale przecież był to czas bezpośrednio po dniach wolnych od pracy, więc mogło się zdarzyć opóźnienie. Nie spodziewałam się jednak, że cokolwiek w nich może mnie zaskoczyć.

Nieświadoma niczego, 5 stycznia w godzinach porannych, odebrałam telefon. Dzwoniła ta sama Pani doktor, która otrzymała wyniki i musiała pilnie się ze mną skontaktować. Nie pamiętam takiej sytuacji, żeby coś tak bardzo mnie zaskoczyło i spowodowało mój totalny paraliż. Początkowo wydawało mi się, że to jakiś zły sen. Są rzeczy, w które nie można i
nie chce się uwierzyć. Tak było w moim przypadku. W jednej chwili zawalił mi się świat. Nie to, że widziałam przyszłości w czarnych barwach – nie widziałam zupełnie niczego przed sobą, żadnych zdarzeń, które mogą jeszcze kiedykolwiek nastąpić. Tak, jakby w jednej chwili skończył się mój świat. A w głowie ciągle pojawiała się myśl: przecież ja mam pięciomiesięczne dziecko… Lekarka kazała mi natychmiast wsiąść w samochód i przyjechać po skierowanie do szpitala. W takich chwilach wszystkie plany, priorytety, harmonogram dnia przestają istnieć. Pojawia się coś, co zaczyna dyktować warunki i nadawać zupełnie inny charakter wszystkiemu, co istnieje wokół nas. Zaczęły się ciężkie dni.

Gdy jeszcze niedawno myślałam o tym, czego chciałabym doświadczyć w Nowym Roku, doszłam do wniosku, że najbardziej chciałabym nauczyć się doceniać wszystkie drobne rzeczy, które wydarzają się w moim życiu. Cieszyć się z najmniejszych zdarzeń, gestów, dostrzegać wartość w ludziach, którzy są blisko i nigdy o tym nie zapominać. Nie sądziłam jednak, że będę miała możliwość doświadczyć tego poprzez chorobę. Gdyby cofnąć się
pamięcią w minione trzy tygodnie, przeżywałam różne stany: załamanie, rezygnację, zaprzeczenie, wyparcie, obojętność. Przytłoczyło mnie to wszystko jednak na tyle, że ciężko mi było i jest znaleźć w sobie siłę do walki. Zaprzyjaźniony ojciec dominikanin powiedział mi, że powinnam podejść do tego jak sportowiec i walczyć, potraktować wyzdrowienie jako cel do osiągnięcia. Problem w tym, że jest to choroba – jak na razie – nieuleczalna, ale nie śmiertelna. Jej przebieg w każdym przypadku jest inny, jaki – nie da się przewidzieć. Czymś, z czym najtrudniej jest mi się pogodzić, jest fakt, że docelowo doprowadza do niepełnosprawności. Czasem jest to proces dłuższy, są przypadki, że dzieje się to w ciągu maksymalnie dwóch lat. Dla osoby z zacięciem sportowym i tyloma planami, jest to jak wyrok. Poza tym, kto – jak nie ja – nauczy mojego syna biegać, pływać wpław, na wakeboardzie i kitesurfingu? Kto będzie z nim sportowo spędzał czas, nauczy go czerpania radości i satysfakcji z aktywnego życia? Kto będzie za nim biegał, hasał, jak nie ja? Leczenie w Polsce i dofinansowanie dla jedynie niewielkiego procenta osób chorych, jest osobną sprawą, która dodatkowo nie napawa optymizmem.

Przez kilka dni po diagnozie, żyłam jak w amoku. Im więcej czytałam na ten temat, tym bardziej czułam się zmęczona i przytłoczona. Każda z bliskich osób (wtajemniczonych w temat) dawała mi ogromne wsparcie i miała inny pomysł, jak mi pomóc. Było tego sporo. Metody konwencjonalne, medycyna naturalna, uzdrowiciele, pozytywne myślenie,
afirmacje, metody eksperymentalne, suplementy, które mogą pomóc a na pewno nie
zaszkodzą. Po kilku dniach byłam już zmęczona tematyką choroby i wszystkim, co się z tym wiąże. Ten rok miał być najbardziej sportowy ze wszystkich. Miałam zaliczyć swój pierwszy start w triathlonie, odrobić kitesurfingowe i wakeboardowe zaległości z zeszłego sezonu, wystartować w półmaratonie bądź maratonie a w jednej chwili wszystkie moje plany rozprysły się jak bańka mydlana. Zupełnie spontanicznie spakowaliśmy się i pojechaliśmy nad morze, żeby oderwać się od przytłaczających myśli, pooddychać świeżym powietrzem i nabrać dystansu. Udało się znakomicie. To było mi bardzo potrzebne. Wróciłam i poczułam się tak, jakby nic mnie nie dotyczyło. Wiem, że nie ucieknę od tego, ale chwilowo chociaż mogłam zapomnieć i zmienić myśli. Przede mną zaplanowany pobyt w szpitalu i poukładanie sobie wszystkiego na nowo. Przede wszystkim w głowie. Najważniejsze jest to, że mam wokół siebie osoby, na które mogę liczyć i małego człowieka, dla którego muszę i chcę żyć w jak najlepszej dobrej formie, bo jest dla mnie całym światem. Nigdy więc nie zapytam: dlaczego ja? Wiem, że we wszystkim, co się dzieje, jest przecież jakiś wyższy plan.

Czytaj więcej wpisów.