Kiedy wreszcie ją pokochałam...

Jak bardzo potrafi zmienić się życie z powodu jednego człowieka? Na Ziemi żyje nas około 7,3 MILIARDA osób! Nagle na świat przychodzi Ona. Maleńka i krucha istotka, na którą z niecierpliwością czekaliśmy 9 miesięcy. Z którą życie planowaliśmy już od kilku lat.. I co? No właśnie..

Wody odeszły, torba w samochodzie, dokumenty przy piersi - jedziemy! Potem kilkanaście godzin oczekiwania (nie żeby bez bólu, ale dziś nie o tym) i jest.. Udało się. Bez cesarki, bez nacięcia, Kasia zdążyła dojechać. Trzymam Ją na swoim nagim ciele i? Jest zimna, cichutko kwili, Jej zapach jest.. specyficzny, ani ładny ani brzydki. Wszyscy się uśmiechają, ja cichutko szumię, myśląc, że to pomoże Jej przeżyć ten szok, bo tak wyczytałam w Internecie. Wyczytałam też, że moment narodzin dziecka jest czymś niesamowitym, wręcz magicznym. Faktycznie odeszły wszystkie bóle jakie towarzyszyły mi do tej pory. Fizycznie czuję się
tak, jakby nic się nie stało, żadnego porodu. Psychicznie.. niestety też. Trzymam na piersiach dziecko- OKEJ. Moje dziecko- OKEJ. Moją Anię, na którą tak długo czekałam- OKEJ. Czy nie powinno być coś więcej niż samo "OKEJ"?

                              

Marcin wszedł do nas już na sali poporodowej. Ja wyglądałam podobno jakby nic się nie
stało. Nie było śladu po wysiłku jakiego dokonało moje ciało. W miejsce brzucha pojawiła się Ania. Trzymałam ją pod koszulą a ona cichutko kwiliła. Cały czas byłam w jakimś dziwnym szoku. Ta chwila kiedy byłam z nią sam na sam nie przyniosła mi takiego ukojenia jakiego się spodziewałam. Kiedy zobaczyłam Marcina bardzo się ucieszyłam, w końcu przecież on jest najważniejszy w moim życiu, a ja w jego. Zawsze jesteśmy razem, tylko dla siebie. Oczekując słów uznania i może nawet niewielkiego współczucia nie usłyszałam nic. Popatrzył na Anię, oczy mu się zaszkliły. Powiedział "jaka ona jest maleńka". Jego głos brzmiał właśnie tak jak przed chwilą sobie wyobrażałam. Tyle że jego słowa nie były skierowane do mnie. Poczułam się odsunięta.. samotna. Nie umiałam się cieszyć z Maleństwa, które do siebie tuliłam.

Mimo moich chęci, położna odradziła mi spędzenie pierwszej nocy w towarzystwie Ani.
Poleciła, żebym odpoczęła, bo mimo, że tego nie czuję, moje ciało dokonało właśnie wielkiego wysiłku i dobrze by było gdybym odpoczęła i nabrała sił, bo będą mi potrzebne. Posłuchałam, zaznaczając, że jeśli się obudzi i będzie głodna to chciałabym ją nakarmić. Nie dlatego, że czułam wewnętrznie taką potrzebę. Po prostu tak zaplanowałam w czasie ciąży i tego się trzymałam. Kiedy rano przywieźli córkę mojej współlokatorce odezwało się we mnie coś na wzór tęsknoty. Przyglądałam się im i nagle wjechało łóżeczko z naszym maleństwem.
Pewnie ją chwyciłam i próbowałam przystawić do piersi. Była maleńka, krucha, dalej tak samo pachniała. Wiedziałam, że jest moim dzieckiem, że muszę się nią opiekować.. ale nic więcej. Było mi jej żal kiedy płakała, czasem do tego stopnia, że płakałam razem z nią. Tęskniłam, kiedy zabierali ją na badania, ale nie czułam tego wszystkiego o czym czytałam. Kiedy przychodził Marcin przyglądałam się mu i chciałam zatrzymać w pamięci te wszystkie momenty, bo jego zachowanie było dla mnie czymś nowym i długo wyobrażałam sobie jak będą wyglądać jego pierwsze chwile bycia TATĄ.  Z drugiej strony jednak byłam
zazdrosna o niego. Wszystko mnie bolało, potrzebowałam jego uwagi, a musiałam się nią dzielić, pierwszy raz od kiedy się poznaliśmy.

Brak czasu ze strony Marcina był dla mnie najgorszą połogową dolegliwością. Miał
urlop ale było tyle spraw do załatwienia.. Urzędy, zakupy, sprzątanie, koszenie, kończenie przygotowywania domu, pies.. Ja w tym wszystkim z Anią i laktatorem na kanapie i oczywiście z bólem, który uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie. Nie mogłam przystawić jej do piersi. Płakałyśmy obie.. Wspominam ten czas jak wycieczkę po nieznanym terenie bez mapy i przewodnika- widoki są piękne, ale w kółko zamartwiasz się czy w dobrą stronę idziesz a zapada już zmrok..

W końcu to się stało i spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Byłyśmy już wtedy ze
sobą ładnych kilka tygodni. Czułam się już znacznie lepiej. Tak naprawdę opuściły mnie już wszystkie dolegliwości. Pewnego ranka wyjęłam ją z łóżeczka, położyłam na przewijaku a ona się do mnie uśmiechnęła.. i trafiło mnie. Poczułam, że jest jedyną taką osobą na tym świecie, dla której mogłabym zrobić dosłownie wszystko bez wahania. Nagle chciałam ją przytulać i całować jednocześnie. Łzy popłynęły mi z oczu i wyszłyśmy z pokoju już jako Mama i Córka. Potem zaczęłam się zastanawiać.. na czym polega ta różnica w miłości do niej a np. do Marcina czy nawet do mojej Mamy i nie wiem, nie potrafię tego określić. Gdzieś ostatnio
przeczytałam, że zdecydować się na dziecko to tak, jakby się zdecydować na to, żeby twoje serce już zawsze było na zewnątrz i jest to zdanie, które chyba najlepiej określa to uczucie. Uczucie piękne ale też przerażające zarazem. Mówiąc "zrobię dla ciebie wszystko" mam na myśli naprawdę wszystko. Dochodzi do tego ciągły strach o jej życie i zdrowie. Nie potrafię sobie wyobrazić, co by było jeśli by jej zabrakło. Kiedy pomyślę, że mogłabym stracić męża albo kogoś bardzo mi bliskiego oczywiście tym wyobrażeniom towarzyszy niesamowity ból, ale potem przychodzi wyobrażenie smutnej przyszłości. Jeśli chodzi o dziecko, żadna przyszłość po prostu nie istnieje... Wiem, że moje życie by się wtedy skończyło.

Coraz częściej dopadają mnie wątpliwości w to, że chcę mieć drugie dziecko. Jeśli już teraz
nie mogę spać z powodu lęku o Anię, to jak będę funkcjonować obdarzając taką miłością jeszcze jednego człowieka?

Jakiś smutny wydźwięk ma ten post. Mimo tego wszystkiego co tu napisałam, zwłaszcza
na końcu, kocham moją córeczkę i jest ona największym szczęściem jakie mogło nas spotkać. Jest błogosławieństwem dla naszego małżeństwa, które niewątpliwie
się zmieniło, ale o tym może innym razem :)