Drudzy rodzice

Chrzest naszego synka odbył się w listopadzie. To było bardzo piękne i podniosłe wydarzenie. Potrzebowałam trochę czasu, żeby wszystko zorganizować, gdyż większość gości była przyjezdna, jednak wszystko udało się znakomicie.
Ceremonia odbyła się w naszej ukochanej Parafii św. Dominika w Warszawie. Dlaczego właśnie tam, mimo iż nie jest to nasza rodzima parafia? Dlatego, że uwielbiamy podejście Ojców Dominikanów do zasad wiary i parafian. Mają w sobie wyjątkową empatię, miłość i szacunek do bliźnich, którego czasem próżno szukać w Kościele Katolickim.
Przy załatwianiu formalności w Kancelarii otrzymaliśmy karteczkę, na której były wszelkie potrzebne informacje, wytyczne i terminy związane z chrztem. Jako, że była możliwość, żeby chrzestnymi były dwie kobiety, dwóch mężczyzn lub kobieta i mężczyzna (co jest zgodne z Prawem kanonicznym), zdecydowaliśmy się, że Zac będzie miał dwie chrzestne.

Przypomnienia dotyczące zbliżających się terminów dostarczenia dokumentów do Parafii oraz naukach dotyczących chrztu otrzymywaliśmy od Parafii sms-em. Katecheza przed chrztem była zorganizowana o godzinie 18:45, żeby większość osób miała możliwość dojechać na nią po pracy. Dodatkowo można było przyjść na nią z dzieckiem, jeśli ktoś nie miał możliwości zorganizowania dla niego innej opieki na ten czas. Niby drobne rzeczy a na mnie robią wrażenie. Czasem coś, co wymaga niewielkiego wysiłku, potrafi ułatwić komuś życie.


Ceremonia chrztu była wyjątkowa. W różnych kościołach przebiega ona czasem nieco inaczej. U nas na początek było przywitanie przez kapłana rodziców, rodziców chrzestnych i dzieci na końcu kościoła i przejście z nimi główną nawą do pierwszych dwóch rzędów przy ołtarzu, gdzie były już dla nas zarezerwowane miejsca. Miało to symbolizować wprowadzenie dzieci do kościoła. Cała msza poświęcona była na chrzest, dzięki czemu było bardziej kameralnie i podniośle. Chrzest naszego dziecka dostarczył nam wielu wzruszeń i wspaniałych emocji. Przed samym zakończeniem ceremonii jest taki zwyczaj, że ojcowie są proszeni pod sam ołtarz z dziećmi i na sygnał kapłana podnoszą je wysoko do góry, żeby wszyscy mogli zobaczyć nowych, małych parafian, a w tym czasie wszyscy zebrani klaszczą i wiwatują. Robi to niesamowite wrażenie!


Dla naszych gości zorganizowaliśmy przyjęcie w restauracji, które było bardzo udane. Mogliśmy – delektując się pysznościami – porozmawiać w spokoju i spędzić czas w gronie najbliższych. Mimo wcześniejszych długich przygotowań i wysiłków, żeby wszystko było tak jak wymarzyliśmy, dzień minął nam zdecydowanie za szybko.


Chrzest chrztem, a życie toczy się dalej. Prosząc obie chrzestne o zrobienie nam tego zaszczytu, a było to w październiku zeszłego roku, nie sądziłam, że już dwa miesiące później okaże się, że ciężko zachorowałam. Tak sobie teraz myślę – patrząc na przykładzie naszej rodziny – że decyzja o zostaniu chrzestnym jest jednak poważną deklaracją. Być może są osoby, które traktują to powierzchownie, sprowadzając bycie chrzestnym do trzymania dziecka w trakcie sakramentu chrztu, uczestniczenia w pierwszych urodzinach, osiemnastce i weselu, dla mnie zawsze jednak oznaczało to bycie drugim rodzicem, który zna dziecko, ma z nim kontakt i więź, bierze czynny udział w jego życiu.


To jak zaskoczyła mnie Matka Chrzestna mojego synka w trakcie mojej choroby jest niewyobrażalne. Była jedną z niewielu osób, które od samego początku wiedziały o moim schorzeniu i bardzo nas wspierały. Jak tylko trafiłam do szpitala, zaczęła codziennie monitorować, jak się mają moje chłopaki. Dzwoniła z zapytaniem, jak się czują, czy nie trzeba im pomóc w zakupach, albo coś załatwić, posiedzieć z Małym. Do tego pisała i dzwoniła do mnie codziennie, dowiadując się, jak się mam i czuję i zdawała mi szczegółową relację, że w domu wszystko jest pod kontrolą. Kiedy trzeba było pomóc w opiece nad Zacharym, wprowadziła się nas na kilka dni. Mimo, że ma swoją rodzinę i dziecko, zorganizowała wszystko tak, żeby było to możliwe. Nie dość, że opiekowała się Maluchem, kąpała go, bawiła się z nim, wstawała do niego w nocy, robiła wideokonferencje, żebym mogła z nim „porozmawiać”, to jeszcze zajęła się domem. Pomyślała o tym, żeby przebrać Maluchowi pościel, wyprać dywaniki, odkurzyć i zrobić jeszcze masę innych rzeczy. Gdy wracałam ze szpitala i mój partner odbierał mnie z dworca, czekała z moim synkiem na rękach i powitali mnie ze wzruszeniem w drzwiach. Niewielu osobom jestem tak bardzo wdzięczna, jak jej.


Od mojego powrotu ze szpitala nie było dnia, żeby nie dzwoniła, nie pisała. Odwiedza nas prawie codziennie. Chodzi ze mną na spacery, wpada na kawę, chętnie opiekuje się Maluchem, traktując go z taką życzliwością, sercem i czułością, że mogę skakać pod niebiosa, że tak wspaniała osoba jest w naszym życiu. Agatko, bardzo Ci dziękuję!