184 dni

Za dwa dni minie sześć miesięcy odkąd zostałam mamą. Oglądam zdjęcia z ostatnich tygodni i miesięcy i aż trudno mi uwierzyć, ile od tego czasu się zmieniło. Zac z niemowlaczka – małego okruszka – stał się chłopczykiem, który jest ciekawy świata, ruchliwy i coraz bardziej charakterny a to, co jeszcze niedawno mnie przerażało (czyli wiele elementów opieki nad dzieckiem), dzisiaj jest czymś zupełnie normalnym. Coś takiego jak instynkt macierzyński jednak naprawdę istnieje. I całe szczęście! ;) Żadna z przyszłych mam nie powinna się obawiać. Natura o nas zadbała odpowiednio, żebyśmy były w stanie spokojnie poradzić
sobie w nowej roli.

Wychowanie dziecka chyba już zawsze będzie „etapowe”. Jeśli już uda Ci się poradzić sobie
z tematem, który spędza Ci sen z powiek (gdyż albo sam przechodzi w związku z
rozwojem dziecka albo udaje Ci się znaleźć na niego sposób), zaraz po nim pojawia się kolejny. Są dzieci, które szczęśliwie przechodzą przystosowanie się do życia poza organizmem mamy w dość łagodny sposób, są też takie, które przeżywają wszystko dużo intensywniej. Gdy spojrzy się jednak wstecz, nawet w niedaleką przeszłość, wspomina się wiele zdarzeń, czy też sytuacji, z prawdziwym sentymentem, bo one naprawdę szybko mijają. ;)

Pierwsza i druga noc w szpitalu, pierwszy tydzień w domu, kiedy próbujesz poukładać sobie
wszystko od nowa i poradzić sobie z opieką nad maluchem, uczenie się dziecka każdego dnia, pierwsza choroba, podwyższona temperatura, ząbkowanie i wiele innych. Przez pierwsze tygodnie miałam wrażenie, że nasze dni składają się tylko z karmienia – od rana do nocy i tak w kółko. Czas się zapętlał – nie wiedziałam, jaki jest dzień tygodnia, który dzień miesiąca. I niewiele z tego czasu, oprócz tego, pamiętam.
J Dopiero, kiedy pojawiły się kolki,
zaczęło się kombinowanie, stawanie na głowie. Co zrobić, żeby ukoić ból i pomóc dziecku. Próbowaliśmy wielu sposobów, kropli, noszenia na rękach, czopków, masaży brzuszka, kręcenia „rowerka” nóżkami, ale nie okazały się zbyt skuteczne. Dopiero połączenie trzech rodzajów kropli w odpowiednich dawkach: Biogaia, Delicol i Sab Simplex i mocne kołysanie, lecz jedynie w foteliku samochodowym, przyniosło lekkie ukojenie. Dzięki temu Maluch zaczął zasypiać około 21:00, a nie tak jak poprzednio po północy albo i później. Tata nieźle
się napocił kołysząc syna przez wiele godzin, dni, tygodni. Gdy tylko kolki się skończyły, było dużo lepiej. Udało nam się przyzwyczaić Malucha do nowych pór zasypiania. Rutyna przyniosła w tym przypadku dobry efekt: codzienna kąpiel najpóźniej o 18:30 a o 19:30 spanie w swoim łóżeczku. Od czwartego miesiąca synek śpi już samodzielnie w swoim pokoju i nie ma z tym żadnych problemów.

Dużo większym wyzwaniem był brak jego odpoczynku w dzień. Noce przesypia budząc się
na jedzenie zazwyczaj około 22:00, 2:00, 4:00 natomiast najpóźniej o 6:00 jest już wyspany i gotowy do działania. Zdarzały się też momenty, nawet dosyć częste, kiedy w nocy budził się co 15-20 minut. Szczególnie źle znosił pierwsze 2-3 dni po szczepieniach, kiedy zazwyczaj był osowiały, płaczliwy, domagał się noszenia na rękach (czasem przez cały dzień), zdarzało się, że miał podwyższoną temperaturę. Co do drzemek w ciągu dnia, przez pierwsze kilka miesięcy spał maksymalnie 2-3 razy po 10-15 minut. Często zamykał oczy na chwilę i zaraz potem je otwierał. Okazało się, że było to powiązane z napięciem mięśniowym. Rehabilitacja metodą Vojty przyniosła w tym przypadku bardzo dobry skutek. Teraz zasypia równo co dwie godziny, ale tylko do 14:00, przeważnie na 15 minut. Czasem zdarzy się jedna dłuższa drzemka w ciągu dnia, ale rzadko przekracza ona pół godziny. Pozostaje mi więc jedynie wieczór, żeby ogarnąć mieszkanie, coś zjeść, ugotować, załatwić, odpisać na maile, itp. W ciągu dnia cztery razy ćwiczymy, bawimy się, oglądamy książeczki, jemy, chodzimy na
spacery (jeśli akurat nie ma smogu) i robimy jeszcze wiele innych rzeczy. ;)

Opieka nad dzieckiem to praca na trzy etaty bez porannej kawy wypitej w spokoju, pory
lunchowej, inspirujących brainstormingów, czy też długiej kolacji przy lampce wina. Czasem to niezła orka, ale przynosi dużo satysfakcji i radości.

Jako młoda mama musisz się także ekstremalnie dużo nadźwigać. Okazuje się nagle, że
wejście do sklepów, banków, restauracji, kawiarni, czy w różne inne miejsca nie jest przystosowane dla wózków. Bo na przykład przy drzwiach wejściowych do placówki banku stoi bankomat i nie otwierają się one na pełną szerokość, więc pozostaje Ci zrezygnować i powtórzyć wizytę kolejnym razem już bez dziecka albo pójść do innego oddziału. Drzwi wejściowe zazwyczaj chodzą topornie, na co nie zwraca się uwagi dopóki nie trzeba ich trzymać, próbując w międzyczasie wjechać wózkiem. Wyjeżdżanie z dzieckiem gdziekolwiek autem też jest niezłą zabawą. Musisz znieść wózek i dziecko w foteliku (Paniom mieszkającym na wysokich piętrach w blokach bez wind szczerze współczuję), wsadzić do samochodu, odpiąć gondolę i złożyć stelaż. Jak już to wszystko uda Ci się zapakować, ruszyć, dojechać na miejscu, to przy każdym przystanku w celu załatwienia czegokolwiek musisz powtórzyć te czynności. Lekko nie jest.

Przedwczoraj pękła mi opona w wózku. Wystrzeliła tak głośno, że byłam przekonana, że ktoś
użył broni palnej, nim się zorientowałam, co tak naprawdę się stało. Jako, że mieliśmy zaplanowaną wizytę lekarską i szczepienie, zostało mi już tylko zabranie dziecka w foteliku, nim nie przyjdą zamówione przez Internet nowe opony. Po kilku godzinach noszenia 12 kg „odpadała” mi ręka. Jak na złość w przychodni było 1,5 godzinne opóźnienie i straszny tłok, więc nie dało się nawet usiąść. Do tego torba w rozmiarze XXL zawierająca „tylko” niezbędne rzeczy dla Malucha, kurtka, czapka, kombinezon malucha i jest wesoło. Siłownię ma się zapewnioną codziennie. ;)

W zeszły weekend wpadliśmy na spontaniczny pomysł, żeby pojechać nad morze. Na dwa dni. Rewelacja, cieszyłam się bardzo. W końcu dobre powietrze, mało ludzi, możliwość
pospacerowania, oderwania się od rutyny i codzienności. Wszystko świetnie, tylko ta ilość rzeczy, które trzeba zabrać dla dziecka, czasem poraża. Jako, że miejsce, do którego jechaliśmy, nie było przystosowane do potrzeb tak małych dzieci, wszystko trzeba było zabrać ze sobą. I chyba, gdyby to podsumować, to więcej czasu trwało pakowanie, ładowanie do samochodu, rozładowanie, przeniesienie do apartamentu, spakowanie, wniesienie do samochodu, przyniesienie do domu i rozpakowanie, niż nasz docelowy pobyt nad morzem, ale i tak było bardzo fajnie. Wierzę jednak, że z czasem uda mi się dojść do perfekcji i nauczę się pakować się w opcji minimalnej.

Czasem zdarza mi się ponarzekać, szczególnie wtedy, kiedy jestem bardzo zmęczona i
chętnie wyspałabym się lub zrobiłabym sobie day off, ale nigdy nie zamieniłabym tych chwil na nic innego. A jako, że nasze pierwsze wspólne pół roku jest już prawie za nami, to warto celebrować tą okazję, bo był to naprawdę wyjątkowy i niezapomniany czas.

Czytaj więcej wpisów.